Reklama
  • Środa, 13 sierpnia 2014 (08:05)

    Wyspa Sylt od morza do morza

Fryzyjska wysepka Amrum ma największą w Europie plażę. Wyspę Sylt porównuje się do Saint-Tropez. Tętniący jazzem kurort Travemünde zwany jest Nowym Orleanem Północy, a sąsiadująca z nim Lubeka — Królową Bałtyku. Położony pomiędzy dwoma morzami Szlezwig-Holsztyn, choć niewielki, jest jednym z najbardziej „wakacyjnych” niemieckich landów. I leży zaledwie trzy godziny drogi od naszej zachodniej granicy.

Zdjęcie

/Mat. Prasowe
/Mat. Prasowe

Lepszy gram handlu niż kilogram pracy, mówi lubeckie przysłowie. Położenie Lubeki, bałtyckiego portu, sprzyjało interesom. Przez oblany wodami Morza Północnego i Bałtyku półwysep przebiegały szlaki handlowe: z Europy na Ruś oraz znad Bałtyku na Bliski Wschód. Z kupcami trafił nad Bałtyk marcepan, frykas z Persji. Był wówczas wartym fortunę lekarstwem. Lubeckim specjałem został dużo później dzięki Georgowi Niedreggerowi, cukiernikowi, który w XVII wieku opatentował jego masową produkcję. Dla wielu turystów wizyta w Lubece byłaby niepełna bez Nusstorte, (tortu orzechowego w grubej marcepanowej polewie) i bez marcepanowego cappuccino w cukierni Niedregger. Reprezentacyjny salon zajmuje trzy piętra kamienicy, a przy kontuarze panuje taki ruch, że klientom wydawane są na ciastka numerki jak na poczcie. W firmowym sklepie marcepan na sto sposobów: o smaku wiśni, pistacji i malin. Marcepanowy jest likier i miniatury lubeckich kamienic. Ale i one bledną przy jadalnych rzeźbach na drugim piętrze, gdzie znajduje się muzeum marcepanu. Słodki panteon zasłużonych otwiera perski cukiernik, wynalazca smakołyku. Jest cesarz Karol VI, który marcepan przechowywał w skarbcu, oraz marcepanowy Tomasz z Akwinu. To on w swoim traktacie ogłosił, że marcepan w poście nie jest grzechem. Muzeum to nie tylko apetyczny marketingowy chwyt, ale i wstęp do dziejów metropolii, która ukształtowała handlową historię Bałtyku.

Dostatek i filantropia

Reklama

Concordia domi, foris pax (zgoda w domach, pokój ulicom), witała przybyszów łacińska sentencja na Bramie Holsztyńskiej (dziś ulubionym tle pamiątkowych zdjęć), trafnie ujmując filozofię życia mieszkańców Lubeki, skupionych na interesach i unikających konfliktów.

Tu powołano w 1266 roku Ligę Hanzeatycką, unię ponad stu miast kupieckich, uważaną za praprababkę Wspólnoty Europejskiej. Największe fortuny zbudowano na handlu rybami. Z norweskiego Bergen przywożono miliony ton sztokfiszy, solonych suszonych dorszy (były jadalne dopiero po tygodniu moczenia).

Ze szwedzkiej Scanii – tony beczkowanych śledzi. Drewno na beczki – via Gdańsk – z Polski. Kupcy żyli niezwykle dostatnio, otaczali się sztuką. Byli filantropami. W założonym przez nich w średniowieczu Szpitalu Świętego Ducha (można zwiedzać) dach nad głową znajdowali biedni, bezdomni i chorzy. Oprócz osobnych pokoi, wiktu i opierunku pensjonariusze mieli... bibliotekę.

Lubeka była metropolią wyprzedzającą swoje czasy. Choć Hanza rozpadła się w XVII wieku, miasto nigdy nie przestało być głównym ośrodkiem nadbałtyckiego handlu. Nikt barwniej nie opisał życia lubeckiej klasy średniej niż pewien zbuntowany 26-letni syn kupca i... późniejszy noblista Tomasz Mann. Buddenbrookowie, saga o XIX-wiecznych kupcach, stała się jedną z najważniejszych powieści światowej literatury.

Uroki nadmorskiego życia

– Jakie wspaniałe powietrze! Aż tu dolatuje zapach morszczynu. Tak się cieszę, że jestem znowu w Travemünde – zachwycała się urokami pierwszego nadbałtyckiego kurortu Antonina Buddenbrook, bohaterka powieści Manna.

W połowie XIX wieku, kiedy zamożni lubeczanie podróżowali nad Bałtyk wozami zaprzężonymi w tęgie meklemburskie konie, ta rybacka wioska dopiero rozpoczynała turystyczną karierę. Niebawem miała się stać najpopularniejszym bałtyckim spa. Każdego lata miliony turystów przybywają tu oglądać regaty i kibicować uczestnikom festiwali piaskowych rzeźb, wiatru, szant i jazzu.

Dzięki temu ostatniemu Travemünde nazywane jest Nowym Orleanem Północy. Można też obserwować liniowce zawijające do tego największego na Bałtyku portu promowego. Przepływające kolosy mijają spacerowiczów niemal na wyciągnięcie ręki.

W całej okazałości najlepiej podziwiać je z drugiego brzegu rzeki Trave, czyli z półwyspu Priwall. W 1945 roku drugi brzeg, oddalony o pięć minut drogi promem, został odłączony od miasteczka, by stać się częścią NRD.

Turyści z obu brzegów widzieli się odtąd tylko przez lornetki. Niemców „zachodnich” szokowali enerdowscy naturyści, tych z kolei – burżuazyjny styl życia Travemünde. Unifikację obu brzegów w 1989 roku upamiętniono pamiątkowym głazem z napisem „Nie wieder geteilt” (nigdy więcej podziału).

Wielka fala

Co godzinę z nadbałtyckiego Travemünde odchodzi pociąg do Hamburga, w kilka kwadransów przenosząc nas na drugi brzeg Półwyspu Jutlandzkiego, do Fryzji. Morze Północne jest bardziej chimeryczne niż flegmatyczny Bałtyk.

Kiedy zimą wybrzeża smagają potężne wiatry, mieszkańcy miasteczka Husum, na północ od Hamburga, z niepokojem nasłuchują ryku fal i komunikatów radiowych. Z tutejszymi sztormami nie ma żartów. Christine Guthoff, lokalna przewodniczka, zaczyna oprowadzanie od opowieści o sztormie sprzed siedmiuset lat. 16 stycznia 1362 roku w wybrzeże uderzył orkan Grote Mandrenke. Opisany przez kronikarzy potop zmiótł z powierzchni ziemi 50 wysepek.

Rozpadły się jak babki z piasku. Utonęło 25 tysięcy ludzi. Rankiem mieszkańcy Husum odkryli, że ich leżące dotąd w głębi lądu miasto znalazło się nad wodą. Morze Północne wielokrotnie wdzierało się na ląd, zrywając wznoszone przez pokolenia wały przeciwpowodziowe. Ale w słoneczny sierpniowy poranek nikt tu nie myśli o sztormach.

Na targu rozbrzmiewa intrygująca mieszanka językowa: oprócz standardowego niemieckiego są tu w powszechnym użyciu Plattdeutsch, język dolnoniemiecki, oraz duński. Usłyszymy też fryzyjski, mieszankę staroangielskiego, niderlandzkiego i dolnoniemieckiego.

Sprzedawcy z łatwością przechodzą od jednego języka do drugiego. Wszyscy witają się fryzyjskim słówkiem „moin”, kupują kapustę (największe główki w Europie) i pałaszują bułę z krewetkami. Z Krabbrötchen w dłoni turyści ruszają w podróż promem na sielankowe Wyspy Północnofryzyjskie: Amrum, Föhr i Pellworm. Na perłę w archipelagu, wyspę Sylt, jedzie się pociągiem.

Złote piaski

Francja ma Lazurowe Wybrzeże, a Niemcy mają Sylt. Co prawda w Saint-Tropez Północy zacina porywisty północny wiatr i pachnie śledziami, ale za to wszystko jest „typisch Deutsch” i Niemcy uważają, że nie ma lepszego miejsca do zadawania szyku.

Na początku wieku wyspę upodobali sobie mieszczanie z deszczowego Hamburga. Lekarze zalecali słone morskie powietrze jako remedium na astmę. W latach dwudziestych Sylt najechali przedstawiciele niemieckiej bohemy. Wśród nich: Tomasz Mann, malarz Emil Nolde i Marlena Dietrich.

Status miejsca, gdzie się bywa, Sylt zawdzięcza jednak nie artystom, lecz przedstawicielom hamburskich koncernów prasowych. W latach 60. na weekendy zaczęli tu przyjeżdżać wpływowi wydawcy, dziennikarze i postaci z pierwszych stron gazet.

Najsłynniejszą był milioner i playboy Gunter Sachs i jego ówczesna małżonka Brigitte Bardot, którzy upodobali sobie wioskę Kampen. Główną arterią jest tu ulica Strönwei, znana pod wymowną nazwą Whiskystrasse. Bardotka imprezowała do rana w klubie Pony. Do dziś świetnie bawią się w nim zarówno jej rówieśnicy, jak i młodzież. Kluby, ekskluzywne butiki i domy letniskowe w Kampen stylizowane są na kryte strzechą fryzyjskie chaty. Ale wiele z nich ma podziemny garaż, a wszystkie kosztują fortunę. Czy na Sylcie goszczą tylko krezusi? Większość ze stu tysięcy turystów przyjeżdża tu drugą klasą kolei, śpi na kempingu, a bardziej od widoku celebrytów interesuje ich nordic walking lub surfing.

Córka Kapitana

Amrum, wyspa pięciokrotnie mniejsza od Półwyspu Helskiego, ma plażę mierzącą 15 kilometrów długości i półtora kilometra szerokości. Upodobali ją sobie rodzice z dziećmi. Oryginalną rodzinną rozrywką jest zbieranie wyrzuconych na plażę morskich śmieci i wznoszenie z nich szałasów.

Strandbuden, konstrukcje z desek, boi i beczek, stały się elementem plażowego krajobrazu. Z Amrum wyrusza się również na wędrówkę po dnie Morza Północnego. Pływy są tak silne, że podczas odpływu można dotrzeć pieszo do sąsiedniej wyspy. Na błotną wycieczkę po rezerwacie Wattenmeer idziemy boso. Odpływ obnaża życie krewetek, krabów i błotnych glist. Jak łatwo zgubić się w błotnym oceanie, przekonuje ćwiczenie.

– Przewiążcie oczy chustką i idźcie w stronę brzegu – mówi przewodnik. Po kilku krokach turyści tracą orientację. To dlatego po morskim dnie wędruje się wyłącznie z przewodnikiem i o ściśle określonych porach (przypływ jest co 6 godzin). Najbardziej charyzmatyczną przewodniczką jest Kinka Tadsen, Fryzyjka od siedmiu pokoleń, znająca chyba każdego z dwóch tysięcy mieszkańców i historie ich rodzin.

Córka kapitana jest lokalną reporterką, filmowcem i strażniczką tradycji. Wygląda jak Pippi Langstrumpf, podróżuje między wyspami konno, śpiewa szanty i sypie żeglarskimi legendami w kilku językach. To dzięki staraniom jej podobnych Fryzyjczyków pięć lat temu akwen wokół Wysp Północnofryzyjskich znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Unesco. Obok takich cudów świata jak Wielki Kanion czy Wielka Rafa Koralowa.

Grażyna Saniuk

Zdjęcie

/Mat. Prasowe
/Mat. Prasowe

Zobacz również

  • To właśnie piaszczyste, szerokie i długie na 5 kilometrów plaże przyciągają turystów jak magnes. Po wschodniej stronie Darłówka, dzielnicy Darłowa, po osłonięciu plaż kamiennym falochronem... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.